Ile to waży?

Ile to waży?

Ile razy słyszeliśmy to pytanie na przestrzeni lat! Zadawali je i zadają od czasu do czasu zwiedzający w różnym wieku. Dziwnie ważna jest dla nich waga eksponatów. Wskazują a to na sarkofag, a to na psa Jerzego II, a to na kolczugę, a to na armatnią kulę. I pytają. Ile to waży? Były momenty, kiedy te pytania nieco irytowały, zwłaszcza jeśli się nie znało dokładnej odpowiedzi, tylko tak intuicyjnie, na wyczucie, pi razy drzwi – była to złość szczególnego rodzaju, zarazem na pytającego i na siebie, taka, która się pojawia, kiedy człowiekowi nie chce od razu przez gardło przejść proste: „Nie wiem”. Że nie zna wagi, nie ma odwagi się od razu człowiek przyznać. Jak by to była jakaś zbrodnia, której nie chce wyznać na śledztwie. Zamiast tego zagaduje, brnie i się pogrąża. Wie pani/pan, wiecie państwo, no, dużo, dużo, o wadze tych sarkofagów najwięcej na przykład mogą powiedzieć wojacy z brzeskiej jednostki, którzy je przenosili, przesuwali, w każdym razie próbowali, aż do skutku, bywało, że się zapierają w pierwszym podejściu siłą połowy drużyny, a tu sarkofag Ludwiki Karoliny nawet nie drgnie, herkulesowe prace, proszę państwa, a te kule sam nosiłem, to wiem, że swoje ważą, lite, żeliwne, potwornie ciężkie, w swej toporności niszczycielskiej straszliwy złom, takie kule rozbijały mury, takie, wystrzeliwane spod Małujowic, spadały na brzeski zamek i dokonały tutaj spustoszenia, ale nie pamiętam, ile dokładnie, może kiedyś wiedziałem, czytałem coś na ten temat na pewno, ale zapomniałem, i nie mam wagi w rękach, takiego wyczucia nie mam. Może dziesięć kilo? – w końcu strzelamy na oślep. Niestety, albo i na szczęście, nigdy nie miało się takiej z głupia frant bezczelności, jak Józef Szwejk, który badany przez c.k. psychiatrów wojskowych na ich zabójcze pytania arytmetyczne odpowiadał bez namysłu i błyskawicznie rzucał liczbami z powietrza – za co uznany został przez nich za skończonego kretyna, ale… o to mu właśnie chodziło, więc się tym nie przejmował.

Ale wreszcie nadejdzie kiedyś ten dzień, gdy ktoś z nas przytarga z domu wagę łazienkową. Sarkofagów nią nie zważy. Ale przynajmniej te kule. Te lite, żeliwne, większe, mniejsze, i te wydrążone, wypełniane czarnym prochem, który nie zawsze wybuchał, i te całkiem lekkie, w porównaniu, kamienne, ale które też mogły zrobić krzywdę, jak trafiły maszerującego piechura w głowę, a jeszcze większą – gdy napotkały na swojej trajektorii i zderzyły się z pędzącym im naprzeciw jeźdźcem. Zważy ten ktoś, a ważąc będzie rozważał ważność (jak w komiksie Papcia Chmiela), i będziemy już wiedzieć. Będziemy oświeceni. Ile to waży, jak ktoś zapyta, odpowiemy. Z odwagą. Bez namysłu. Jak Szwejk. I z dokładnością do dwóch miejsc po przecinku!

Start typing and press Enter to search