Muzyka i literatura na Zamku Piastów Śląskich

Wraca na Zamek Liszt, wraca Chopin, wraca Pan Profesor Juliusz Adamowski ze swoim słowem o muzyce.

A propos słowa, zapraszając Państwa na Wieczór Lisztowski i koncert muzyki Fryderyka Chopina w wykonaniu pianisty Tomasza Maruta, równocześnie zachęcamy do lektury powieści Roberta Kowalskiego pt. „Wieszczowie”, wydanej pod patronatem Muzeum Piastów Śląskich i z naszą „Polonią” na okładce. Tytułowi wieszczowie to nie tylko Mickiewicz, Słowacki i Krasiński, wieszczem, w dziedzinie muzyki, czyli twórcą, który miał gigantyczny wpływ na serca i umysły rodaków i nie tylko rodaków, był również Chopin. Jemu i francuskiej pisarce George Sand, jego wielkiej miłości, poświęconych jest niemało stronic tej książki. Oto fragment, początek rozdziału drugiego, w którym mowa jest o podobnym wydarzeniu, jak to, na które zapraszamy dzisiaj. Tamto miało miejsce 26 kwietnia 1841 roku, w słynnym salonie…

„W słynnym salonie muzycznym Pleyela przy rue Cadet 9 zbierało się coraz więcej ludzi. Julian Fontana ostatnie miesiące spędził na zapraszaniu znamienitych gości na to wydarzenie. Po raz pierwszy od sześciu lat Fryderyk Chopin miał bowiem dać publiczny koncert. Kompozytor z dalekiego kraju podupadł ostatnio na zdrowiu, do czego przyczyniła się niefortunna wycieczka na Majorkę – zamiast spodziewanych upałów zastał słotę i deszcze. W dodatku mówiło się też o tym, że młody pianista nie cierpiał publicznych występów, a większe grupy ludzi podobno go przerażały. Coraz więcej czasu spędzał poza Paryżem, w Nohant, w posiadłości należącej do jego ukochanej, George Sand. Natura związku między muzykiem a tą pisarką i emancypantką pozostawała przedmiotem plotek i dyskusji na salonach. Mówiło się niekiedy, że przewrotna Francuzka, bądź co bądź rozwódka, znana z umiłowania do młodszych mężczyzn, wycieńczała chorowitego kompozytora swoją nadmiernie rozbuchaną namiętnością. Inni gadali, że dystansowała go do otoczenia, szczególnie zaś do emigracji, większość ich przyjaciół i gości to przecież cudzoziemcy. Niektórzy przypominali, że nie tylko, w końcu w ich salonie bywali i Fontana, i Grzymała, i Witwicki, a nawet sam Mickiewicz.

Tymczasem sala na pierwszym piętrze zapełniała się znamienitymi gośćmi. Pojawił się już Franciszek Liszt, wysoki i szczupły Węgier o długich, jasnych włosach. Na tę okazję ubrał piękny zielony frak z błyszczącymi guzikami i szare spodnie. Natychmiast zwrócił na siebie uwagę, jak zawsze rozgadany i wesoły. Obok niego stał mężczyzna z ciemnymi lokami i skromną bródką, w czarnym fraku i ciemnozielonej kamizelce. Bardziej zorientowani artystycznie goście rozpoznali w nim francuskiego malarza Eugène Delacroix, który coraz rzadziej pojawiał się w towarzystwie.

– Więc teraz znowu wyjeżdżasz? – spytał Francuz.

– Nie, nie, na razie siedzę w Paryżu. Jak mi się uda udobruchać trochę Marię, to może się gdzieś na wakacje udamy, w jakieś cieplejsze kraje…

– Równie dobrze możecie do Marsylii jechać.

– Ale daj spokój, mam dość francuskich plotek, ten z tą, tamta z tym, a ci nie mogą, bo to, a ci mogliby, a nie chcą… Nie, myślałem o wysepce, gdzie umarł Roland z Roneswaldu, jak ona się… Nonnenwerth! O wyspie Nonnenwerth.

– A, to w istocie nie tak daleko.

– Ależ ty jesteś nudny… No a nad czym ty teraz pracujesz?

– Dekoruję bibliotekę w Pałacu Burbonów.

– Tak? Gdzie to jest?

– Tam, gdzie Organ Ustawodawczy.

– To nie wiem. No, nieważne. O, już są!

Na salę dostojnym krokiem wszedł Chopin, prowadząc George Sand pod rękę. Wielu oczekiwało, że pisarka pojawi się w męskim stroju i w spiętych włosach, ona tymczasem tego wieczora ubrała się w długą do kostek, białą suknię z głębokim dekoltem. Na ramiona zarzuciła chustkę tryftykową, najnowszy krzyk paryskiej mody. Ciemne włosy, długie i gęste, zaczesała gładko przy głowie, a dwie kaskady loków spływały jej po obu stronach twarzy. Nikt nie mógł powiedzieć, że wyglądała mało kobieco.

Tymczasem Chopin zasiadł przy fortepianie. Bliscy przyjaciele wiedzieli, jak bardzo był przywiązany do tego instrumentu, szczególnie dobrej jakości modeli Pleyela. Gdziekolwiek się nie udał, natychmiast sprowadzał tam fortepian albo chociaż pianino.

Rozpoczął się recital. Zgodnie ze zwyczajem, poza Fryderykiem wystąpili tam także inni artyści – śpiewaczka Laura Damoreau-Cinti i skrzypek Heinrich Wilhelm Ernst. Gwiazdą wieczoru był jednak polski pianista i kompozytor, i to z jego powodu zebrała się tak ogromna publiczność. Arystokraci, finansiści, damy, artyści i młodzież spotkali się w tym miejscu, by usłyszeć geniusza, którym zachwycali się inni wielcy, tacy jak Robert Schumann czy obecny na sali Liszt. Polak zagrał całkowicie nowe utwory – Balladę F-dur op. 38., Scherzo cis-moll op. 39., polonez z op. 40. i mazurki z op. 41. Zamknął oczy i pozwolił swoim palcom odnaleźć melodię. Słuchaczom zdawało się, że muzyka przepływa przez Chopina, że nosi ją w sobie i uwalnia palcami trącającymi klawisze. Było w niej wiele wdzięku, ale też zdecydowania. Zupełnie, jakby za pomocą nut udało mu się opisać aurę swojej muzy. Gdy wreszcie skończył, zdawał się jak wybudzony z głębokiego snu. Ledwo docierały do niego dźwięki oklasków czy wykrzykiwanych pochwał. Lekko zataczając się i nie patrząc na nikogo, zszedł ze sceny i podszedł do George Sand. W kącikach jej ciemnych oczu zbierały się łzy, ona sama jednak patrzyła na ukochanego z zachwytem.

– Mój ty aniele – wyszeptała i pogładziła go po włosach…”

This image requires alt text, but the alt text is currently blank. Either add alt text or mark the image as decorative. This image requires alt text, but the alt text is currently blank. Either add alt text or mark the image as decorative.

Start typing and press Enter to search