2 lipca byłby odpowiednim momentem na to wspomnienie. Niestety został przegapiony. 2 lipca 1505 roku uderzył piorun, który okazał się jednym z ważniejszych piorunów w historii. Jeśli nie najważniejszym.
Uderzył w drzewo, pod którym schronił się w czasie burzy Marcin Luter, późniejszy teolog, inicjator reformacji (na marginesie: w naszym muzeum nadal można obejrzeć wystawę „500 lat reformacji w Brzegu i księstwie brzeskim”). Marcin Luter bał się piorunów. A po tym uderzeniu zapewne bał się ich jeszcze bardziej. Piorun go nie zabił, ale śmiertelnie wystraszył i też nieco swoją elektrostatyczną mocą potrząsnął. Luter odebrał to jako znak Boży. Zrezygnował ze studiów i kariery prawniczej, ku zmartwieniu ojca. I wstąpił do klasztoru augustianów. Św. Augustyn bywa traktowany przez protestantów za duchowego ojca ich konfesji (na marginesie: św. Augustyna mamy na co dzień na wystawie sztuki śląskiej, ale w tej chwili jest nieobecny, bo zabrał go właściciel – Muzeum Narodowe we Wrocławiu – na swoją wystawę; ale on wróci). Nie dość, że piorun powoduje całkiem racjonalny strach, to wywołuje jeszcze irracjonalny lęk u niektórych. Ten lęk bierze się z poczucia, że za piorunem stoi ręka, która nim miota. W obu przypadkach, lęku i strachu, jest poczucie zabójczej siły pioruna, wobec której człowiek, choćby najpotężniejszy, jest marnym pionkiem, w starciu oko w oko z mocą pioruna nie mającym szans. Jest jeszcze trzecia opcja – połączenie lęku i strachu w jednym: kiedy człowiek boi się, że piorun trafi go (i ewentualnie zabije) przypadkiem, a ktoś pomyśli, że to nie było przypadkiem. A niech to dunder świśnie!
Powodzenie!
Niepowodzenie!