Ty nie możesz przyjść do muzeum, muzeum przyjdzie do Ciebie, odc. 5

Z cyklu: „Ty nie możesz przyjść do muzeum, muzeum przyjdzie do Ciebie”, odc. 5

Teatr wyobraźni

 

W ostatnich dniach radio stało się nam szczególnie bliskie. Zawsze było bliskie. Towarzyszyło dyskretnie, nie odrywając od codziennych spraw i obowiązków: informowało, edukowało, dostarczało rozrywki, koiło muzyką. Ale teraz, w czasach zarazy, szczególnie krzepi.

Radio zawsze pobudzało wyobraźnię. Nie przekazuje obrazów, tylko głosy, na podstawie głosów wyobrażamy sobie coś, każdy trochę inaczej. Dlatego nazywane jest teatrem wyobraźni. W tym teatrze funkcjonuje drugi teatr wyobraźni, podniesiony do potęgi – teatr radiowy, prezentujący, za pomocą swoistych, przynależnych temu medium środków, adaptacje literatury: utworów scenicznych, powieściowych, poetyckich, bądź realizacje oryginalnych scenariuszy słuchowisk radiowych.

O sile tego teatru wyobraźni, teatru w teatrze, zaświadczyło chyba z największą mocą pewne wydarzenie z historii radiofonii. Skojarzyło nam się ono z aktualną wystawą czasową, o której już kilka razy wspominaliśmy: „Historia radia i radiofonii w 100. rocznicę powstania pierwszej rozgłośni radiowej”. Skojarzenie o tyle uzasadnione, że wydarzenie, o którym mowa, miało miejsce w 1938 roku, jak już powiedziano, związane było z radiofonią, a zgromadzone na naszej wystawie radioodbiorniki z tamtych czasów właśnie pochodzą, z lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego wieku. I wolno chyba wyobrazić sobie, że takich, stylowych, z naszego punktu widzenia, urządzeń, podobnych do nich, a może nawet z tego najstarszego na wystawie radia Westinghouse z tubowym głośnikiem Larcophone z 1920 roku, Amerykanie wysłuchali radiowej adaptacji słynnej powieści Herberta George’a Wellesa z 1898 roku „Wojna światów”, o najeździe Marsjan na Ziemię, w reżyserii Orsona Wellesa. Orson Welles kilka lat później zasłynie filmowym arcydziełem „Obywatel Kane”. Tymczasem, 30 października 1938 roku, na falach eteru popłynął w świat, to znaczy tak daleko, jak zasięg stacji pozwalał, jego radiowy majstersztyk. Ale nikt, ani reżyser, ani aktorzy, ani specjaliści od efektów dźwiękowych, nie spodziewał się, że takie wywrze on wrażenie na niektórych słuchaczach, że niebezpiecznie zatrze się granica między fikcją a realnością.

Orson Welles zrealizował słuchowisko w konwencji programu radiowego, którego częścią była m.in. relacja na żywo z dziejących się właśnie − tak się składało, że dramatycznych − wydarzeń, o których donosili w kolejnych wejściach antenowych, stopniujących napięcie, reporterzy − dzisiaj nazwalibyśmy to wydarzeniem medialnym. Wydarzeniem, które spadło żądnym sensacji dziennikarzom z nieba, dosłownie, w postaci nietypowego meteoru. Relacja przetykana była, jak to w radiu, muzyką. Klasyczny radiowy przekładaniec słowno-muzyczny. Lecz nie była to mistyfikacja. Słuchacze byli uprzedzeni. Na początku podane były odpowiednie informacje, z czym mają do czynienia – że mają do czynienia z adaptacją utworu literackiego. Problem polegał na tym, że nie wszyscy słuchali od początku. I nie wszyscy wysłuchali do końca. W drugiej części audycji następuje powrót do literackiego pierwowzoru, formę komunikatów radiowych zastępuje narracja pierwszoosobowa głównego bohatera powieści. Najważniejsze – z radiowego i nie tylko radiowego punktu widzenia − wydarzyło się pomiędzy. Krótko mówiąc: niektórzy z radiosłuchaczy uwierzyli, że to dzieje się naprawdę. I spanikowali. Ponieważ wszystko brzmiało tak prawdziwie, do złudzenia przypominało dziennik radiowy, wydanie nadzwyczajne, relacjonujące na gorąco wypadki w New Jersey. Doniesienia, emocje, okrzyki, przerywane w pół słowa relacje, coraz bardziej nerwowe, rozmaite odgłosy – wieko słoika odkręcane powoli wewnątrz muszli klozetowej genialnie „zagrało” otwierający się właz marsjańskiego bolidu! Niektórzy spanikowali tak poważnie, że zaczęli uciekać przed Marsjanami. Zdążyli się dowiedzieć, że Marsjanie, wydostawszy się z bolidów (których w międzyczasie więcej spadło na Ziemię), zaczęli siać spustoszenie, razili nieznaną ludzkości bronią – „snopem gorąca” (laserem?) i przemieszczali się błyskawicznie trójnożnymi machinami bojowymi, a armia, mimo dzielnych wysiłków, nie umiała stawić im skutecznego oporu. Na szczęście w wyniku tego „najazdu” nikt naprawdę nie zginął. Ale…

Jak pisze Władysław Kopaliński w „Słowniku wydarzeń, pojęć i legend XX wieku”: „Spośród sześciu milionów słuchaczy przynajmniej milion wziął audycję na serio, co wystarczyło, aby spowodować niebywałą panikę w całych Stanach”.

Życzymy Państwu miłych wrażeń związanych z radiem, nawet silnych wrażeń, ale bezpiecznych, całkowicie bezpiecznych, a nie takich, jakie stały się udziałem zdezorientowanych słuchaczy genialnej radiowej opowieści Orsona Wellesa.

Start typing and press Enter to search